Założenie było proste – nie szokować słuchacza demonicznymi zawijasami rytmicznymi – skupić się na przekazie tekstowym. I to się udało. Ale po kolei.
Słowa zawarte w piosenkach nie mają natury filozoficznej, a mimo to forma wypowiedzi skłania do zastanowienia – wersy przepełnione są goryczą i szeregiem uszczypliwości - ich przekaz kładzie nacisk na tematy związane aktualnymi problemami społecznymi takimi jak próżność, obojętność i wyalienowanie spowodowane coraz szybszym tempem życia.
Kiedy pierwszy raz wysłuchałem materiału naszło mnie kilka refleksji. Po pierwsze płyta różni się od poprzedniej przede wszystkim brzmieniem – jest bardziej surowa. Muzycy pozbyli się kompletnie przestrzeni – myli się jednak ten, kto sądzi, że ten zabieg wprowadza duchotę czy ciasnotę – nic podobnego! Ja odnoszę wrażenie, że kapela gra u mnie w sypialni (aktualnie tam właśnie trzymam sprzęt grający).
Po drugie – kolejność kompozycji wydawała mi się nieodpowiednia – już po drugim razie zmieniłem zdanie – po trzecim nabrałem przekonania, że taka kompozycja jak „Krok” ma charakter przeboju i nadaje się na singiel. Zresztą – pozycji singlowych jest tutaj więcej.
Po trzecie – nigdy nie ukrywałem, że teksty angielskie dużo bardziej pasują do OVO – zarówno emisja głosu wokalisty jak i jego melodyka w naturalny sposób wpasowują się we frazy piosenek. Bez wysiłku osiąga klimat, który powoduje ciarki na plecach – nie wierzycie? Wysłuchajcie „Get a Life”. Zresztą tą kompozycję uważam za najbardziej udaną na całym albumie.
Zastanawiam się nawet, czy nie należałoby zespołu oceniać dwutorowo – oddzielnie rozpatrując klimaty związane z tekstami anglojęzycznymi i inaczej podchodzić do części materiału związanego z liryką rodzimą.
Poza wymienioną kompozycją chciałbym zwrócić uwagę na tytułowy Biały Strach” - kawałek solidnego rocka w klimacie Lecha Janerki i „Hej Dziewczyno z Mego Miasta” - prześmiewczy wyrzut wobec postaci nowoczesnej kobiety wykreowanej przez kolorową prasę, skrojoną na miarę naszych czasów, ubranej w wielkie miasto i często pozbawionej przez to kobiecości.
Na uwagę zasługuje również druga kompozycja wyrażona w „królewskim” dla rock'a języku. „I Was Told” to utwór, który świetnie nadaje się do grania „na żywo” – jego budowa daje spore możliwości koncertowe. Poza tym po raz kolejny odkrywa spore pkłady emocjonalne drzemiące w głosie wokalisty. Kolejny utwór „Kto”, jako jedyna polskojęzyczna kompozycja zbliżona jest do klimatu wokalnego zawartego w anglojęzycznych piosenkach. Sporo jadu.
Na pochwałę zasługuje również solidny warsztat muzyczny wykonawców. Sekcja rytmiczna pracuje jak silnik w najlepszym samochodzie – ci muzycy znają się jak „łyse konie” - to słychać. Gitara nadaje całości odpowiedniego kształtu – jest niczym bazylia w sosie sphagetti – bez niej potrawa traci kompletnie na znaczeniu.
Całość epatuje dojrzałością – nikt tutaj nie urwał się z choinki. Muzycy mają spory bagaż doświadczeń związany z występami scenicznymi. Muzyczne rzemiosło nie jest im obce i nie kryje przed muzykami żadnych tajemnic – to dobrze, bo my jako słuchacze mamy okazję wysłuchać świetnego materiału studyjnego.
Ostatnie spostrzeżenie – płyta nagrywana była na tzw. „setkę”. Zaznaczam, że nie chodzi tu o miarę spożycia napojów wyskokowych! Choć... nigdy nie wiadomo...
Tą recenzję można również przeczytać na www.muzykomani.pl