Kiedy zawleczka puszki przebiła wieko puszki cichutko sycząc, a zawartość aluminiowego opakowania wypełniła po brzegi smukłą szklankę złocistym napojem, zasiadłem do przewertowania zbiorów list m3u w poszukiwaniu zespołów, które być może umknęły mojej uwadze. Dopuściłem się takiego zaniedbania w dwóch przypadkach. Dzisiaj chciałbym krótko wspomnieć o jednym z nich – JigKorova.
Na pierwszy rzut oka, nazwa sugerowała mi jakąś serbską odmianę choroby szalonych krów, na szczęście już pierwsza kompozycja pozbawiła mnie ochoty na uszczypliwe uwagi w kierunku tej hiszpańskiej formacji. Ciekawe podkłady osadzone w rockowej progresji i niepokojący wokal wcisnął mnie w mój bielutki plastikowy fotelik ogrodowy. Jeśli wcześniej czytaliście choćby jedną z moich recenzji, zapewne zwróciliście uwagę, że często w zasłyszanym materiale doszukuję się emocji – tutaj ich nie brakuje. Każda z kompozycji stara się coś opowiedzieć słuchaczowi, ale zawiedzie się ten, kto będzie szukał w tej muzyce baśni Andersena – to niezwykle mądra, ale jednocześnie miejscami przygnębiająca muzyka.
Instrumentarium zespołu nie wybiega poza klasyczny skład narzędzi do uprawiani muzyki w formule rock. Jakość kompozycyjna, a także strona aranżacyjna nie budzą wątpliwości – to zawodowy band. Nieskomplikowana, choć niezwykle ciekawa gitara, przepiękny bas z nie mniej wspaniałą perkusją i.....wokal. Na temat głosu wokalisty mógłbym napisać osobny artykuł – jestem nim po prostu zachwycony – zachwycajcie się i wy – zapraszam na muzyczną ucztę!
Recenzję można przeczytać również na www.muzykomani.pl