Kiedy wracam do swojego rodzinnego Sieradza z niebywałą częstotliwością spotykam co rusz innego starego znajomego. Krótkie spotkania najczęściej kończą się umówionym spotkaniem na wysokim szczeblu barowego stołka. Nierzadko do tych znajomych należy mój serdeczny przyjaciel Zbyszek, który w zaciszu (to tylko przenośnia)swojego domostwa edukował mnie muzycznie. Takie nazwy jak: Alvin Lee, Colosseum, czy The Mountain najczęściej przemykały w tematach nocnych dywagacji. Kiedy pierwsze dźwięki Icarus Wings opanowały moją skołataną głowę, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że członków tej włoskiej formacji nauczał muzycznego rzemiosła ten sam zwyczajny/niezwyczajny Zbyszek. Nie wszystko toczy się torem skamieniałych podwalin "metalowego trudu", ale zapewniam, że ta kapela wykonała co najmniej 300% normy we wskazanym zakresie, za co my naród muzyczny, serdecznie dziękujemy wyrażając swoją wdzięczność workiem cebuli i talonem na szałowe kozaki Relax. Nie wiem, czy nie przesadzę dodając do zestawu długopis Zenith i paczkę "radomskich", ale tym chłopakom naprawdę się należy! Pochody gitarowe i patetyczna sekcja rytmiczna czynią z tego kilkunastominutowego materiału perełkę w koronie Jamendo. Przymierzajcie, albowiem to królewski gatunek!