en

 
 

Latest starred albums

 
 
 

Last starred artists

Latest reviews
1  2  3  4  5    »    [8]
Order by
 
PlayPlay

Największym błędem artystów prezentujących swoje dokonania za pośrednictwem Jamendo jest umieszczanie muzyki, która przez pół godziny brzmi tak samo - nawet jeśli pierwszy i drugi kawałek brzmi świetnie, kolejne po prostu nudzą.
Low Cost Music nie ma z tym problemu - dlatego o nich piszę.
Niestety materiał zawarty na tej płycie jest bardzo nierówny - niektóre z kompozycji ociekają ciekawymi pomysłami niczym nadziany indyk na święto dziękczynienia, inne zaś denerwują i wręcz męczą do tego stopnia, że ma się ochotę wyłączyć odtwarzacz i porzucić w cholerę słuchanie tej płyty.
Do pierwszej grupy zaliczyłbym takie kompozycje jak "Ze Yes-Itude", "Liberte 6" i "Poum Poum Tchak Bubble Gum" - do tej drugiej "Workin'Place" (ten utwór miejscami jest genialny, ale początek i koniec graniczy z katastrofą) i zdecydowanie najgorszy "Chrysalide".
Są jeszcze rzeczy w stylu "Silence" i "Dissonance en Epilogue", które balansują gdzieś między tymi dwoma zbiorami.
Instrumentarium? Wszelakie. Sam autor klasyfikuje swoje dzieło w ramce Electro-Rock Indie - dużo w tym prawdy (chociaż nie wiem o co chodzi z tymi Indiami), ale ja rozszerzyłbym to o gatunki funk i alternative - teraz mamy chyba komplet.
Wydaje mi się, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie - tak jak pisałem wcześniej, Low Cost Music nie powiela błędu o którym wspomniałem na początku recenzji, czyli.... nie powinno być nudno.

PlayPlay

Sébastien Gramond to artysta, który swoją muzykę osadził bardzo głęboko w rocku progresywnym lat siedemdziesiątych. Trzeba pamiętać, że w tym czasie szczególnie ten gatunek bazował na wspaniałych, rozbudowanych aranżacjach.
"CONCEPTUAL EXPERIMENTATIONS (1998)" to płyta, która nie wszystkim przypomina wspomniane "stare , dobre czasy". Psychodeliczny klimat, długie i pokręcone kompozycje utaplane w przepięknych klawiszach i dynamicznej "nafuzzowanej" gitarze oraz przede wszystkim wspaniałej perkusji (posłuchajcie sposobu grania i barwy), zabierają słuchacza w zupełnie inny świat - dotyczy to szczególnie "Happy to Be" i "Hitcher and Tchitcher" - jeśli liczyłeś na prosty rytm w tempie 120 z krótką melodyjką obleczoną w tekst "I love you baby", nie włączaj przycisku Play.
Ale są i kompozycje gorsze - "Neuralgia" oraz "So Easy" wydają się być jakąś ucieczką tematyczną, której przynajmniej ja nie do końca rozumiem.
Album nie jest prosty, ale amatorzy tego gatunku będą zachwyceni - jestem o to spokojny. Oprócz zagrania "tego co trzeba", dosłuchacie się zapewne kilku nietypowych rozwiązań które wykraczają czasem poza granice rocka progresywnego.
Ciężko wytypować najlepszą kompozycję na tej płycie, dlatego, że muzyka w tej stylistyce charakteryzuje się pewną ciągłością - każdy z utworów uzupełnia w jakiś sposób kolejny "kawałek".
Zapraszam zatem za stery maszyny czasu - co powiecie na rok 1975?

PlayPlay

Nie jest to pierwszy przykład, kiedy z polecenia otrzymuję dosyć ciekawą pozycję do recenzji. Trancing Arcs to projekt rodem z Anglii - jest mi zatem niezmiernie miło zabierać się za przyszywanego "ziomala".
Już sama nazwa nakierowuje nas na gatunek w którym będziemy się poruszać - trans troszeczkę sklimatyzowany na podobieństwo Bjork. Nie wiem, skąd u tych wyspiarzy biorą się podobne klimaty, ale jeśli wsłuchacie się np. w nutki "Crytalk" to rytmiczny podkład z pewnością skojarzy Wam się z kropelkami deszczu - tudzież zgodnie z tytułem łez.
Jedziemy dalej - "Through a glass darkly" to ponura wojenna opowieść, której nie proponuję na początek dnia. Mimo przygnębiającego klimatu tego utworu odnaleźć można tutaj w partiach instrumentalnych kilka promyczków w postaci leciutkiego kontrabasu przeplatanego z klawiszami. Cały czas - podobnie jak we wcześniejszych i późniejszych kompozycjach - mamy okazję obcować z wokalem, który stanowi spoinę między tym co empiryczne w dźwiękach, a tym co rzeczywiste w słowach.
W zasadzie cały album wygląda dosyć podobnie - raz bujamy się w obłokach - innym razem stoimy na twardym gruncie, choć sprawy z którymi mamy do czynienia nie wyglądają różowo - tak jest np. w "Running on empty".
Rozdziera Was energia - zwolnijcie - wysłuchajcie "'fin' - remixes & lost children".
Tą recenzję można również przeczytać na www.muzykomani.pl

PlayPlay
05/08/08

Na tej płycie zawarte jest wszystko to, co dla tego gatunku jest właściwe - improwizacja, emocje i niezły warsztat artystyczny, ale...brakuje jadu! Większość kompozycji zrobiona jest na jedno kopyto - zupełnie nie rozumiem dlaczego zespół jazzowy posługuje schematem właściwym dla zespołów popowych?
Są oczywiście perełki w stylu "Blu" czy " Fast". Ale to za mało! Uważam, że kapela poruszająca się po tych obszarach muzycznych powinna pokazać nieco więcej.
Tą recenzję można również przeczytać na www.muzykomani.pl

PlayPlay

Jest mi niezwykle miło przedstawić kolejny album Roberta Pieculewicza, a tym samym poddać go ocenie. Kiedyś pisałem, że zawsze będę śledził poczynania tego artysty dodając, że z niecierpliwością czekam na kolejne albumy - kolejne albumy są więc poczuwam się w obowiązku do złożenia krótkiego raportu z dokonań tego znamienitego gitarzysty.
"Electric Heart" to materiał, który dostarczy nam tego, czego oczekujemy - gitarowe kompozycje w najwyższym stylu oprawione dobrą aranżacją.
Wszystko zaczyna się utworem "Toy Soldier" - wnikliwi zapewne dopatrzyli się pliku wideo zamieszczonego na stronach You Tube z tym kawałkiem - ponieważ ten punkt programu nie był mi obcy, moja noga bezwiednie zaczęła niszczyć angielskie panele w rytm tej ponad czterominutowej kompozycji.
Później mamy dwa utwory, które moim zdaniem nie przedstawiają szczególnej wartości artystycznej - ta sentencja może zadziwić tych, którzy czytali moje poprzednie recenzje płyt pana Roberta - pozbawione były bowiem krytycznych uwag - gdybym dzisiaj pisał pierwszy raz o "Electric Heart" zapewne nie wetknąłbym ani jednej szpilki w ten materiał, ale od artysty światowego formatu posługującego się instrumentem w sposób profesjonalny, oczekuję po prostu najwyższej jakości, a tutaj otrzymujemy - powiedziałbym - zbyt mdłe - mało wyraziste nuty.
Ale uwaga - nadchodzi "She" - otóż z kolei tą kompozycję uważam za jedną z lepszych, o ile w ogóle nie najlepszą w całym dorobku naszego asa gitary elektrycznej. Oprócz typowych dla Pieculewicza zagrywek doczekamy się tutaj wspaniałych emocji - tytuł zresztą sugeruje, że chodzi tutaj o kobietę, a te jak wiadomo kumulują w sobie mnóstwo różnego rodzaju uczuć - pięknie i delikatnie.
Po wspomnianej wyżej perełce następuje całkiem niezła i lekko tajemnicza "Charon" po ty by za chwilę znowu zaskoczyć nas emocjami w "Shadow and Dust".
Na finiszu żegna nas.... piosenka - tak, tak - doczekaliśmy się słów między kaskadą dźwięków - anglojęzyczna typowa dla starego dobrego rocka "Stay Away From The Dark".
W podsumowaniu pragnę jedynie dodać, że pan Robert przywrócił mi wiarę w stare dobre granie na gitarze - słucham jego kompozycji z niemniejszą ochotą jak płyt Steve Vai'a czy Joe Satriani'ego z początku lat dziewięćdziesiątych.
Zapraszam i zachęcam do słuchania - warto!
Powyższą recenzję można również przeczytać na wortalu www.muzykomani.pl

PlayPlay

Zawsze, kiedy otrzymuję poleconą mi przez Tollera (członek Jamendo) płytę, nie omieszkam jej przesłuchać - nie pamiętam czy kiedykolwiek zdarzyło mu się polecić mi coś nieciekawego - chyba nie.
Tym razem było podobnie - w zasadzie od samego początku poraziła mnie dojrzałość artystyczna zespołu przejawiająca się w mądrych i ciekawych aranżach, selektywności instrumentów, warsztacie muzycznym i przede wszystkim w tekstach. Nie wiem kto pisze słowa do tej muzyki, ale od razu zaznaczam - czapki z głów! Mądre przesłanie i dowcipne komentarze na każdy temat.
Całość jest pięknie posklejana, ale jest i jedno "ale" - jakoś zniesmaczyła mnie barwa głosu wokalisty - wydaje mi się, że nie zawsze jego tembr głosu pasuje do tej muzyki - brakuje mi tutaj odrobiny szyderstwa i jadu. Nie znaczy to jednak, że wokal leży na całej linii - są i takie kompozycje w których brzmi całkiem nieźle - mam na myśli :Superdzieci" i "Jestestwo".
Poza tym, moim zdaniem od czasu do czasu przydałyby się dęciaki - w muzyce funk to genialny podkreślnik, który dolewa oliwy do ognia.
Mimo kilku subiektywnych odczuć na "nie", oczywiście zachęcam do zagłębienia się w ten materiał - bez wątpienia warto.

PlayPlay

Kiedy po pierwszych dźwiękach starałem się sklasyfikować zawartość płyty, przyszło mi do głowy dosyć dziwne skojarzenie z zelekryfikowaną wersją Tracy Chapman, kiedy jednak przyszedł czas na kolejną kompozycję, program dziwnych skojarzeń rozbudował się o takie nazwiska jak Urszula Dudziak czy nawet Krystyna Prońko - w jednym przypadku chodzi o styl wokalizy, w innym zaś o tembr głosu.
Trzeci utwór to już głos męski zapakowany w przepiękną bossa novę - gitara wprowadza tutaj wspaniały klimat.
"Afro Blue" czy "Afro Red" zaklasyfikowałbym do world music - jak sami widzicie niespodzianek nie brakuje, dlatego i ja nie będę zdradzał kolejnych - pora abyście sami podjęli temat i wystawili ocenę tej płycie.

PlayPlay
06/07/08

Daniel Bautista należy do tej części muzycznej braci, który za pomocą gitary jest w stanie wprawić w osłupienie swoich słuchaczy. Posiada jakąś niezwykłą zdolność hipnotyzowania dźwiękami - na mnie to działa.
Ale na poważnie - nie ma w tym żadnej magii - to po prostu niezwykła technika wprowadzona w ramy piekielnej precyzji powoduje wcześniej wspomniany stan osłupienia - chyba nie sposób pozostać obojętnym wobec takich kompozycji.
A w szczegółach - wszystko zaczyna się....fatalnie - "Introspectiva" to typowe intro zagrane na klawiszach w sposób, który nazywa się potocznie "tandetą" - na szczęście to bardzo krótka kompozycja, po której mamy do czynienia z "Agnostic" - kawałek z muzyką o którym można powiedzieć, że charakteryzuje ten album. Szybki, techniczny i "zdecydowany".
Ale nie tylko takie kompozycje znajdziemy na tej płycie - dla miłośników nieco bardziej tkliwych nutek polecam "In Dreams" oraz króciutką "Intermezzo Softcore". Po niej następuje "In the Desert" - moim zdaniem najciekawsza z kompozycji z racji powolnego narastania emocji.
Dla fanów "zawijanego" grania polecam "Pushing The Limits" - wbija w fotel.
Dlaczego więc w świetle sporej ilości komplementów przyznałem "zaledwie" dziewięć oczek? Przypominam o utworze który otwiera ten album - rozpacz, ale na szczęście po tej burzy wyjrzało słońce, które świeciło aż po kraniec tego niezwykłego dzieła.
Oczywiście polecam.

PlayPlay

Niezłe, a dlaczego? Niejednokrotnie można było się przekonać, że sposób komponowania Rezydenta zdaje się być studnią bez dna. Niezliczona ilość pomysłów,którymi zaskakuje nas autor stanowi doskonałą pożywkę dla słuchacza i sprawia jednocześnie, że nie sposób się przy jego muzyce nudzić.
Materiał z "Inside Outside Inside" stanowi coś w rodzaju concept albumu - każdy z kolejnych utworów własna indywidualne przesłanie, ale sens całości możemy dopiero poznać po przesłuchaniu wszystkich kompozycji.
Kompozycja, która urzeka mnie w szczególny sposób swoim klimatem to "Hello babies (bożegnanie)". Zawsze podobało mi się to co się działo na drugim planie, a w tym "kawałku" wyszło to chyba najlepiej.
Okładka - świetna, ale i tak nic nie przebije "Evillive".

PlayPlay

Droopy Contini prezentuje wspaniałą odmianę jazzu, która w zasadzie nie może się nie podobać. W muzyce czuć dym tytoniowy, słychać brzęk kieliszków gwar ludzi którzy wpadli właśnie do klubu na małe piwko. Tak - to jazz, który świetnie pasuje do ciasnych lokali gdzie atmosfera klubu zachęca do spędzenia sporej ilości czasu.
A bardziej szczegółowo? Saksofon, fortepian, kontrabas, i perkusja. Wszystko zagrane klasycznie, ale jednocześnie na tyle ciekawie, by słuchać tego materiału na okrągło - ja nie mogę się od tego oderwać od kilku dni! Ciekawe tematy i sporo improwizacji daje nam to wszystko za co tak bardzo kocha się jazz.
Nie przedłużam zatem tej recenzji próżnymi opisami - zachęcam do słuchania - WARTO!

 

1   |   2   |   3   |   4   |   5      »      [8]
 
Other playlists of eddielive
 
PlayPlay
4 tracks
PlayPlay
25 tracks
PlayPlay
50 tracks
PlayPlay
73 tracks
PlayPlay
9 tracks