Znowu zgłębiamy fenomen Jamendo. Płyta, o której piszę pochodzi z Polski, zespół nazywa się “Usta” i grają trudną do zdefiniowania muzykę złożoną z rytmu, równoległych dźwięków i przeciwstawnych nastrojów.
Zaczyna ją jednostajna “Bańka Mydlana”. Sympatyczny, zabawny zamysł, oparty na postępującym, stłumionym basie, na który często zachodzi pętla instrumentów dętych, jednocześnie niewinna i skuteczna, podkreślona we wstawkach obecnych w swoistym refrenie. Uzupełnia to sciszony głos, który powtarza nieprzerwanie słowa z tytułu.
Na ten “kulejący” początek odpowiada natychmiast druga kompozycja, z riffem organowym rodem z Rodziny Addamsów i rozgniewanym, niezmiennie zniechęconym głosem. NOTABENE: “Usta” śpiewają po polsku; piszę to, żeby pokazać jak wielką wagę autor tych słów przywiązuje do tekstu piosenki.
Lament wokalny przekształca się w pełną udręczenia smutną pieśń, coraz bardziej nieznością im bliżej końca utworu, a następująca trzecia ścieżka jest jakby wyzwoleniem. Rozpoczyna się cicho, wciśnięta pomiędzy dźwięki fortepianu elektronicznego i rytm wybijany jakby na blaszanej puszce. Głos odgrywa tu główną rolę: buduje melodię i prowadzi nas do otwarcia refrenu. Utwór rozwija się dalej w ten sposób, z głosem jako mistrzem ceremoni, lawirującym pomiędzy dźwiękami ksylofonu i wlewającym w refren przyjemne ciepło.
W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór czwarty. Nawiązujący stylem do dorosłego synth-popu (Visage?), z ledwo przebijającym się głosem, wysypuje się jak koraliki na elektroniczny dywan przerywany od czasu do czasu przez bardziej rytmiczne, ale i klaustrofobiczne przebłyski które przypominają z kolei kosmiczną muzykę lat siedemdziesiątych
Piątą ścieżkę otwiera widmowy, przerażający riff, który przestraszyłby VNV nation (albo - czemu nie - Pornophonique). Rzecz tyczy się właśnie piosenki EBM. Postępująca gonitwa bas-syntetyzator-perkusja,
przerywany zjadliwymi pętlami organów. A do tego wyjący wokalista, który - patrząc z boku - zdaje się skręcać w niesprecyzowanej wizji; jest to obraz, który nie byłby obcy w alternatywnych dyskotekach Wschodniego Berlina.Na szczęście utwór szósty powraca do trochę intymniejszego klimatu, w którym pięknie splatają się fortepian elektryczny, “nastroszona” rytmika i głos pochodzący z drugiego pokoju, prawie jakby chciał dać ostateczną lekcję rzekomym mistrzom alternatywnej szermierki jak grać muzykę w naprawdę oryginalny sposób.Ścieżka siódma to przezababne divertissement, które rozpoczyna się od wymiany fortepian-klarnet w stylu westernowego saloonu, po czym nabiera zdecydowania i tempa, zawierające dużą porcję śmiechu (jakby w hołdzie kabaretowi Zappy, który wkrada się po cichu we wszystkie utwory i wydaje się być prawdziwym źródłem inspiracji “Ust”). Nagle śmiech ustaje, atmosfera gęstnieje, a zezłoszczony głos zaczyna wydawać rozkazy, po to tylko, żeby później znowu wybuchnąć śmiechem.Utwór ósmy wraca i poszerza koncepcje zarysowane w piątej ścieżce, rozwijając je jednak w innych celach. Riff organów syntetycznych pozostaje widmowy, dołącza do niego garść nut wziętych wręcz z horroru. Mimo to wszystko kończy się refrenem dodającym praktycznie otuchy, o żywym ritmie i pogodności, ryzykując wręcz samplowanie głosu.Ścieżka dziewiąta to rzewna ballada pierwszej dekady nowego wieku: intymistyczna baza, fortepianowe arpeggio, kontrabasowe brzmienia i ciepłe momenty dęte, które tworzą impresjonistyczny obraz depresji w fazie schyłkowej.Ścieżka dziesiąta to wersja Bańki Mydlanej w wydaniu tanecznym, a utwór jedenasty to - być może zbędna - improwizacja zamykająca płytę. Archetypem jest nadal “a saucerful of secrets” sprzed czterdziestu lat. Zaczyna się niespodziewanie od zadyszki, która przywodzi na myśl bardziej natchnione fragmenty Quintorigo, ale i sami Mothers of Invention nie czuliby się - w tym jednym przypadki - obrażeni porównaniem. W tej długiej dygresji odnaleźć można wiele toposów: o Sentimental Journey Pere Ubu do marzycielskich fragmentów Television i “Sunny side up” Pink Floyd. W gruncie rzeczy ciekawe zakończenie (nawet jeśli przydługie), z pewnością nagrane live.
Krótko mówiąc, muzyka “Ust” to muzyka totally XXI century. Z combo, które zawstydziłoby Architecture w Helsinkach i kawałkami które są róznorodną papką dźwięków, krążek plasuje się w czołowej dziesiątce płyt do słuchania, a utwór piąty obowiązkowo zostaje włączony do naszej kompilacji Jamendo -Party.
Non conosco informazioni sulla bio del gruppo. Ho solo in mano questo prodotto - 3 pezzi 3.
A farla da padrone è sicuramente la cavalcata “I diafanoidi attaccano da Marte”. Quasi nove minuti di un frullato che mescola psichedelia, hard rock e lounge in un “cocktail micidiale” che arte con una manciata di accordi: un riff quasi accademico, sovrapposo ad una voce che fa molto telecronca anni ‘70. Il riff - ingenuo - prosegue fungendo da fondamenta per le irrazionali sparate del resto del gruppo: siano esse sequenze “concrete” di effettistica, o di nuovo telecronaca, o ancora schitarrate gonfie di distorsione (più di un overdrive, ma meno di un metal zone), e gravide di wah-wah. Cavalca, il pezzo, come un cowboy al quale stiano fottendo la terra, interrotto da roventi e regolari squarci di hammond e cronaca. Un racconto della discesa di astronavi che si inserisce in pieno nel filone dei cartoni animati catastrofici. “A saucerful of secrets” ha insegnato tutto ai Gallara, visto che il brano, dopo l’impennata frenetica circa a metà, si risolve (un po’ come le righe del sodio in un reticolo di diffrazione), con un landscape epico fatto di hammond, chitarre distorte, e batterismo aperto e rassegnato. Chiude l’evento una sequenza rumorosa, quasi a suggellare l’avvenuto e totale omaggio ai primi Pink Floyd.
Gli altri brani sono anch’essi molto interessanti, ma sicuramente meno spettacolari.
“L’amantide” è un bell’entertainment costruito su un riff giocato tra basso batteria ed organo, che disegna spirali degne delle colonne sonore dei seventies, manco dovesse apparire da un momento all’altro un composto di capello crespo-occhiale-completo bianco scampanato e i SOCK-BAM-PUNCH sottolineati dai fiati. Gradevoli gli scambi tra chitarra e organo, supportati dai buoni effetti ritmici di sottofondo. Alla fine è un ottimo brano per accompagnare i vostri slide-show su Flickr.
“Il grande colpo dei 4 uomini d’oro” rivela - se ce ne fosse stato ancora il bisogno - l’anima più lounge e sound-track-friendly. I Gallara costruiscono un labirinto sonoro sghembo e povero di riferimenti. La progressione umida e colorata esplode in un PA-PA-PA, risposta psichedelica al PO-PO-PO, che dall’alto delle colline bolognesi appare come una versione lisergica dei Ricchi e Poveri (magari feat Ligabue, che pure ha fatto del PA-PA-PA uno dei suoi messaggi più incisivi).