Już od samego początku nie pozostawiono mi złudzeń, że czas spędzony z "Four Lives" nie będzie stracony. Ciekawy głos wokalistki zdaje się być kartą przetargową albumu. Nie jest to co prawda Grit Vahlpahl (The Cold Rush), ale w swojej własnej kategorii zajmuje wysoką lokatę. Jak dla mnie kolejny powód, żeby powiększyć kolekcję. Ale przecież jest jeszcze muzyka. Ta plasuje się nieco niżej (i to nie tylko ze względu na moje osobiste upodobania). Pochwalić muszę pracę gitar. Podoba mi się. Choć osobiście wolałbym, gdyby była nieco wyraźniejsza. Ale teraz też jest dobrze. Od połowy przebiegu tempo nieco zwalnia, co jak najbardziej pozytywnie wpływa na jakość doznań słuchowych. Zwłaszcza w tym gatunku różnorodność jest w cenie. Wszystko razem sprawia, że krążka (że tak to ujmę) słucha się bardzo przyjemnie. Jest to z całą pewnością mocna dawka porządnego, ciężkiego rocka. Polecam z czystym sercem.
Nie pytajcie mnie o ulubiony utwór, proszę... Nie mogę się zdecydować. Ale jak już muszę coś wybrać, to wybiorę "Ride under the sky" - za największą melodyjność. Sorry Winnetou...