Beirut, Stare Dobre Małżeństwo*, Myslovitz*
Słuchałem tego przez całe popołudnie w poszukiwaniu dobrego podkładu pod pewien materiał dźwiękowy. I okazuje się, że słucha się tego z wielką przyjemnością, tak że można to polecić do codziennego zażywania. Szczególnie pierwszy utwór - pełen pozytywnej energii. Kojarzy mi się z letnim wypoczynkiem.
Czego więcej chcieć od muzyki irlandzkiej? Ta charakterystyczna gra skrzypiec i fletu, śpiew i dynamika. Aż trudno uwierzyć, że zespół pochodzi z Włoch - może to pomyłka? ;)
Słucha się bardzo przyjemnie, przypomina nieco polski zespół Shannon, choć nasi rodacy mają chyba więcej werwy, potrafią w każdym utworze zawrzeć pewną tajemnicę.
Wooden Legs można jednak śmiało polecić wszystkim, którzy kochają się w muzyce inspirowanej kulturą celtycką. A teraz, kiedy za oknem tak zielono, tym chętniej słucha się takich ożywczych melodii. :)
Nie ukrywam, że nie przepadam za muzyką orkiestrową skomponowaną za pomocą komputera i sampli. Nie przekonuje mnie jej "sterylność" i sztuczność, która znacząco utrudnia ocenę samej kompozycji.
Tu jest nieco inaczej. Mimo wszystko zdobyłem się na wysłuchanie części utworów i od razu ujęły mnie tym, że zostały skomponowane ze smakiem; niewiele w nich dźwięków, których nie dałyby prawdziwe instrumenty (dla mnie to ogromna zaleta). Same kompozycje są dość ciekawe i słucha się ich z przyjemnością, np. "The Journey Home", "Brave Story" itp.
Niestety, brakuje mi mimo wszystko zupełnego zerwania z elektroniką. Mam na myśli dźwięki, których nie daje żaden instrument, bo wykonanie jestem w stanie usprawiedliwić - nie każdy ma do dyspozycji orkiestrę. ;) Mimo wszystko - szkoda, że to tylko sztuczne dźwięki. Gdyby nie to, album dostałby ode mnie więcej punktów.
Ożywczy jazz w dobrym wydaniu. Przyjemnie się słucha, ani nie męczy, ani nie nudzi. Różnorodność klimatu nie kłóci się z jego spójnością. "Velos" stał się dla mnie źródłem aromatycznej muzyki na wieczór: do książki, do rozmowy, do zasłuchania się.
Rzeczywiście, pierwsze moje skojarzenie to: coś jakby Coldplay. Ale Silence is Sexy to coś znacznie więcej. To świetny głos wokalisty, akompaniament zdolnych instrumentalistów i ambicja, słyszalna zarówno w dźwiękach, jak i w słowach (warto się w nie wsłuchać albo przeczytać). Zgadzam się z innymi recenzentami - kilka z tych utworów nadawałoby się na radiowe przeboje. "Silence is sexy", "Closing titles"... choćby te dwa. Jeżeli ktoś szuka na Jamendo przykładu muzyki na dobrym poziomie, to ten album bez wątpienia można mu polecić. Na dobry początek.
Być może nie napisałbym tego samego, gdyby nie chodziło o Silence is sexy, ale napisać to muszę - jestem pod wrażeniem. Pomysł niebanalny, ale jaki prosty (do zrealizowania) i wzorcowy (z racji faktycznego myślenia o swoich słuchaczach). A że ich utwory nawet bez wokalu są świetne do słuchania, to tym bardziej chciałoby się, żeby inne zespoły poszły w ślady grupy z Holandii.
Hasło "Prawie doskonały" pasuje tutaj jak ulał. Prawie - bo jedyne, czego mi brakuje, to dobrej jakości nagrania. Doskonały - bo w istocie jest to genialne połączenie świetnego, mocnego głosu z akompaniamentem chóru i orkiestry. Przypomina mi się Dżem w operze - to niesamowite, ile "zwykłe" utwory zyskują na współpracy z instrumentami kojarzonymi raczej z symfonią. I rzeczywiście, następuje tu symfonia, czyli współbrzmienie. Oby więcej takiej muzyki na Jamendo!
Zazdroszczę uczestnikom tego koncertu, bo mogę sobie tylko wyobrazić, jaka atmosfera tam panowała. :)
To nie do końca to, czego się spodziewałem. Album ma swój nastrój, dosyć przyjemny, który jednak psuje jakość wokalu i to wrażenie, jakby głos był "spłaszczony". Pierwszy kawałek dużo lepszy od drugiego i to za niego wystawiam szóstkę. Czekam na więcej, może w lepszej jakości. :)
Aż dziwne, że do tej pory nie napisałem recenzji. A mogę pisać tylko w superlatywach. Po pierwsze cieszę się, że Żywiołak zaczyna być coraz bardziej popularny. Po drugie cieszę się, że zaczęli od Jamendo i opublikowania tutaj dema. Dziś właściwie każdy bardziej zainteresowany (albo i nie) słyszał o Żywiołaku, więc nie trzeba go przedstawiać. Mogę mieć jedynie własną satysfakcję, że polubiłem go jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu ;) Ci, którzy jeszcze Żywiołaka nie słyszeli - powinni zrobić to natychmiast i sami osądzić, czy zasługują na tyle pozytywnych ocen, tyle osób na koncertach, tyle rozgłosu. :)