Dzisiaj zagłębiłem się nieco w rodzimej twórczości. Jak wynika z opisu, "krakowiaczek jeden" - rockowy krakowiaczek. Od razu pragnę donieść, że nie jest to dziedzina rocka w której czuję się pewnie - powiedziałbym, że stawiam tutaj kroki bardzo niepewnie i poruszam się po omacku.
Ale do rzeczy. Muzyka czasem wręcz świdruje trzewia swoją prostotą, ale nie prostactwem. Twórcy tych dźwięków nie mogę tego zarzucić. Całokształt brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jednego z filmów Davida Lynch'a lub Quentin'a Tarantino (posłuchajcie "Sun Comes Up" - śmiało można to podstawić do Kill Bill"). Przekaz jest nietuzinkowy - zastanawia. Wydaje mi się jednak, że artysta odcięty jest od sprzętu przyzwoitej jakości. Nie narusza to jednak ogółu. Surowe instrumentarium w składzie klasycznym dla gatunku rock, podlane jest sosem majaczącego wokalu, który robi dużo dobrego dla klimatu na tej płycie. Nie brakuje słodkich zaśpiewów ("One Day From") jak i ekspresyjnych wrzasków wyrywających membrany z głośników wrzesińskiej fabryki Tonsil ("Give Me Reason", "Eat Some Vomit").
Warto zatem pozastanawiać się razem z twórcami materiału nad byle czym, w towarzystwie nie byle kogo, popijając nie byle co.
Recenzję można również przeczytać na www.muzykomani.pl