Mam mieszane odczucia. To może nie jest zły album... ale zdecydowanie gorszy od dwóch poprzednich, "...so life goes on" i "Red Planet". Niby słucha się go przez istotną część czasu trwania dość przyjemnie… ale reszta… biorąc pod uwagę tendencję zarysowującą się w wymienionych albumach mogłaby sprawić, że kolejnego elementu takiej serii już bym nie mógł znieść… mimo, że Twoja muzyka jest, zasadniczo rzecz biorąc, moją ulubioną. Chwilami można odnieść wrażenie, że Zaczynasz się bawić zabawkami, nie bacząc na ich brzmienie ani na słuchacza. Brzmieniem, które samo w sobie rani uszy, odgrywasz długi fragment melodii, bardzo trudnej do zniesienia. Efekt jest skrajnie zniechęcający do słuchania... całości utworu. Wiem, że ekspresja artystyczna ma swoje prawa i pewnie Cię „ciągnie” do solówek, ale jak wychodzi z tego dźwięk, który bardziej przypomina efekt awarii sprzętu niż muzykę, to trzeba sobie powiedzieć: dość. Najbardziej jaskrawym, co niestety nie oznacza, że jedynym, przykładem jest to, co się dzieje w utworze „Gift” od szesnastej minuty do końca. Podobnie wygląda sprawa z perkusją na początku utworu „Seed of hope”. Pierwsze dwadzieścia pięć sekund tego utworu to po prostu bezsensowny łomot, który męczy bardziej niż odgłosy wbijania gwoździ u sąsiada, bo te odgłosy są zazwyczaj, przynajmniej z grubsza, rytmiczne. Pierwsza minuta tego utworu nie wnosi dokładnie nic sensownego do całości. Inna sprawa, że utwory „Faith” i właśnie „Seed of hope” można skwitować jednym zwrotem: są zdecydowanie poniżej Twoich możliwości. Podobnie cały album jest poniżej średniej za kilka ostatnich lat. Sądząc po muzyce, ostatni rok w części lub całości był dla Ciebie szczególnie ciężki. W ogóle tęsknię do Twojej muzyki w stylu sprzed albumu „A new life”…