Przyjemnie sie slucha kolejnych projektow Marcina. Coraz
przyjemniej.
Przyznam sie, ze wychowalem sie na ciezkich i tych ciezszych
brzmieniach, dlatego jeszcze do niedawna kazda plyta gatunkowo zblizona do klimatow okolo-gitarowo-metalowych, ktorej po pierwszym przesluchaniu nie towarzyszyly tak zwane skutki uboczne-lekkie zawroty glowy, szum w jej wnetrzu, czy jak kto woli w uszach( efekt podobny do tego, jaki uzyskamy
zamykajac sie na godzine do pralki nastawionej na pelny program: wirowanie, 3-krotna wymiana wody, wirowanie...)- najzwyczajnej w swiecie ladowala w koszu.
Cos sie jednak we mnie zmienilo, a "Improwizacja uczuc" jest wlasnie jedna z takich plyt, dzieki ktorym dostrzegam te zmiany.
Przyznam sie rowniez, ze zanim zapuscilem plytke miałem pewne opory. Znam upodobania muzyczne Marcina (chocby Paradise Lost, ktory zazwyczaj nudzil mnie okrutnie, zanim jeszcze rozbrzmialy pierwsze takty;)wiec spodziewalem sie
uslyszec cos co pewnie niezbyt trafi w moj gust.
Stalo się jednak inaczej i jeśli nawet Kolorize czerpal z nieszczesnego Paradise -ech te porownania, nikt ich nie lubi;)- to bardzo dobrze się stalo. Zostawmy jednak już ten Paradise bo slychac tu cala mase wycieczk i uklonow w strony
znane doskonale kazdemu dobrze wyedukowanemu muzycznie sluchaczowi.
Czerpanie pelnymi garsciami, odwaznie, bez tandety, popeliny i zzynania, bez prostackiej kalki oplacilo się w 100%. Kolorize wie, jak wydobyc to co wydobyc należy. Jeśli powiem, ze pomiedzy wierszami „Improwizacji”
uslyszalem obok thrash metalu unoszacy się gdzies duch McCartneya, Marillion, czy The Smiths (tak, tak:) to chyba styka?
Dobrze się stalo bo Kolorize nie dal się zamknac w żadne ramy,
Natomiast ja-statystyczny sluchac odlecialem bardzo dalekoJ. Momentami, a nawet czesciej, jest tak jak lubie.
To wcale nieprawda, ze zlote lata swingu dawno juz za nami. Rokendrol, jak widac tez ma się nienajgorzej.
Mimo „ospalego” tempa i pozornej monotonii (celowy zabieg) rzucajacej się w oczy przy pierwszym przesluchaniu plyta z kazda minuta nabiera barwy. Trudno mowic, żeby się rozkrecala i przybierala na sile, nie, nie to nie ten rodzaj produkcji. Nie znajdziesz tu mozolnej jazdy pod gore, by po niespodziewanym
Kontrapunkcie poleciec w dol z szalona predkoscia ku finalowej
scianie dzwieku. „Improwizacja” to glebia i spokoj w pelnym tego slowa znaczeniu. Zwiewna i oniryczna. Mysle, ze ta plyta powinna być opatrzona etykieta
„listen loud at late night J” Rzecz w sam raz dla nocnych markow i lunatykow.
Tak, jak „Poza umyslem” kolysze, a „Glebia kolorow” ma
Thrash metalowy drive i kontrastuja ze soba to dopelniaja się nawzajem. Zadziwiajaca jest ta harmonia i spojnosc.
„Fortepianowe romanse”- rzecz z inej bajki,tez pasuje do calosci. Tak naprawde cala plyta jest z inej bajki.Mnostwo pieknych momnetow, jak rozdzierajace serce solo w „Pocztowce z przeszlosci”.
Nostalgiczne kino drogi...i cos jeszcze, czyli mój ulubiony numer „Jesienne kontrasty” sprawil,ze o 4 nad ranem wyjrzalem przez okno, by sprawdzic, czy może już wzeszlo.
Poruszajaca „Garsc wspomnien” sprawi, ze nie zapomnisz tak szybko tej plyty. Nie wiem, jak wy, ale ja bardzo lubie brzmienie fortepianu. Rownie ciekawy, lecz niestety za krotki „Gdy wokół cisza”. Wyzej wspomniana powinna zapasc o wiele pozniej.
Przedostatni kawalek „Psyche”, o którym mogę powiedziec, ze draznil mnie i już chcialem zatrzymac, kiedy nagle zobaczylem ognie swietego elma i pomyslalem:- czekaj, wchodzi. Ten kawalek tez niezle wchodzi. Tak, jak pozostale.
Wreszcie outro. Warto było dotrzec na koniec plyty. Outro dopelnia misternie utkanej calosci, jakby przywolywalo na mysl riffy, których nie zdazylem zarejestrowac. No, nie zdazylemJ
Podsumowujac: na „Improwizacji uczuc”dzieje się naprawde wiele i jeśli nastepnego dnia po przesluchaniu będzie się wam kolatal w glowie jakis motyw, którego nie będziecie mogli zlokalizowac w pamieci to z pewnoscia będzie to „cos” z tej plytyJ.
A juz niedlugo jesien...